Karkonoska skiturowa wycieczka

Motyw narciarski z pieca w Marinovej Boudzie

Początek lutego, środek dolnośląskich ferii. Niemal cudem znajduję miejsce na parkingu przy „Marysieńce” (700m npm). Wskakujemy błyskawicznie w buty turowe i idziemy w stronę wyciągu. Wokół kłębi się tłum narciarzy w różnym wieku w mieniących się kolorami tęczy strojach. Z piwnego namiotu dźwięki techno usiłują zagłuszyć disco z namiotu konkurencyjnej  firmy. Do tego krzyki dzieci i dźwięk klaksonów konkurują intensywnością z odgłosem skuterów i ratraka, Taaaak… oto kolorowy zawrót głowy w modelowym wydaniu.  Planowaliśmy skorzystać ze szrenickiej karuzeli, wszak nie jesteśmy ortodoksyjnymi turowcami i  czasami z przyjemnością używamy cywilizacyjnych wynalazków, aby szybko znaleźć się na górze. Rzut oka na kłębiący się w zawiniętym podwójnie ogonku tłum i od razu bez słowa sięgamy po foki. Wyjątkowo szybko pokonujemy „Puchatka” pod prąd i po kilkuset metrach od stacji pośredniej odgłosy cywilizacji zostają za nami. Kilka pieszych śladów na żółtym, już lekko przysypanych, przypomina, że  tędy idzie się do schroniska.  Oprócz skrzypienia śniegu pod fokami i naszych miarowych oddechów żaden dźwięk nie zakłóca panującej wokół ciszy. Sycimy się nią, mając w pamięci kontrastujący z nią niedawny narciarski zgiełk.

Przy „Wielorybie” (945 m npm.)  duch przygody każe mi zaproponować nieco inny wariant podejścia-grzbietem wzdłuż Kukułczych Skał. Latem praktycznie nieodwiedzane z powodu trudnego dostępu,  zimą pozwalają łatwiej do siebie dotrzeć. Idę na klasycznych fokach, taliowane, idealnie dopasowane do ślizgów naszych Atomików”, przykleiłem Ani. Jak to bywa, dobre uczynki mszczą się niemal natychmiast. Za mostkiem na Szrenickim Potoku mam problemy z podejściem na zmrożonym śniegu, próbuję różnych technik, w końcu daję za wygraną i zakładam noże. Idę zdecydowanie wolniej, szarpię rytm. To jednak nie mydlenie oczu  speców od marketingu, taliowana foka pokazuje tu i teraz swoją wyższość nad „klasyczną” siostrą. Przerwa na herbatę przy Wahadle, ostatniej skałce, najbardziej znanej z „chybotka”. Ładny widok  w zachodzącym słońcu na dolinę i miasto poniżej.

Chwila niepokoju przed samym budynkiem – cicho i ciemno. Na blacie bufetu pali się świeczka, w kącie jadalni przy drugiej siedzi parka. Pani Ela wita nas ze zdziwionym uśmiechem, jesteśmy w schronisku „Pod Łabskim Szczytem” (1168 m npm.). Obok „Samotni” i „Nad Łomnicką” jedyne w Karkonoszach schronisko z prawdziwie górskim klimatem. I jedno z dwóch w Karkonoszach, które prąd mają z agregatu. Kolacja przy świecach,  wymiana informacji z dwójką wspinaczy, którzy następnego dnia wybierają się do  Navorskiej Jamy na lody. Są napaleni na zimowa wspinaczkę, obawiają się jednak czeskich „filanców” i ewentualnej „pokuty”. Leniwie popijamy herbatę i grzane wino rozmawiając o górach i życiu ze schroniskowymi bywalcami. Jest tu nas raptem osiem osób,  jaki kontrast w porównaniu z jarzącą się kolorowymi światłami poniżej nas Szklarską Porębą ! Dwa różne światy oddalone o dwie godziny drogi. Tam hałas, zgiełk i narciarski blichtr, tutaj spokój, ciepłe rozmowy i góry na wyciągnięcie ręki. Lepszy świat ? Niekoniecznie, inny. Całe jego piękno  w  różnorodności.

Mroźny, ale słoneczny poranek wygania nas z przytulnego schroniska. Podchodzimy spokojnie zimowym szlakiem na grzbiet Karkonoszy – do Czeskiej Budki (1420 m npm.). Widoki oszałamiające – w górskich kotlinach jeszcze mgła, powyżej czyste i słoneczne niebo, na zachodzie Izerskie i piramida Jestedu, na wschodzie Studnici i żleby Lucni hory. Długi, chociaż wolny zjazd na Pancavską loukę, niedługie  podejście i z Harrachovych kameny (1421m npm.) podziwiamy Kotelni jamy – czeskie odpowiedniki Śnieżnych Kotłów. Dwa potężne polodowcowe kotły o ścianach dochodzących do 200m przedzielone są niewielką grzędą. Po wschodniej stronie na wielkim śnieżnym polu delikatna wstążka śladów samotnego narciarza. Trochę ryzykownie, wjechał daleko na nawiane pola, ale tym razem się udało. Kusi, bardzo kusi, ale nie idziemy w jego ślady.
Pod Labską boudą (1310 m npm) podziwiamy  już sporych rozmiarów lodospady, nie widzimy jednak naszych wczorajszych rozmówców. Na szczęście sam budynek schroniska jest za plecami. Architektonicznie ciekawy, formą usiłuje wpasować się w teren, właśnie – usiłuje, bo jego skala poraża, siedem pięter betonu stanowi świadectwo głupoty ludzkiej i braku szacunku dla wspólnej przestrzeni, jaką jest górski krajobraz. Można tylko ciężko westchnąć i pomarzyć o rozbiórce nikomu tutaj niepotrzebnego molocha. Dotychczasowy spokój zakłócają tłumy Czechów na biegówkach. Sześcioosobowa kanapa od strony Rokytnic wywozi sporą grupę amatorów biegania. Fakt, mają tu raj,  przestrzeń pomiędzy Kotlami a Kotelem to kilkadziesiąt kilometrów tras biegowych o niewielkiej deniwelacji i do tego kilka schronisk. Z naszym lekkim, ale jednak sprzętem turowym wyglądamy na ciężkozbrojnych wojowników w porównaniu do super lekko wyposażonych Czechów. Uciekamy nad Śnieżne Kotły (1490 m npm), które zawsze zimą robią spore wrażenie. Ciemne skalne ściany pięknie kontrastują z bielą żlebów i już całkiem sporych nawisów. Na razie nie ma śladów wspinaczy i narciarzy, zrobi się tu tłoczno późną wiosną. Amatorzy mniej lub bardziej karkołomnych zjazdów pokreślą żleby girlandami śladów, ku zdziwieniu turystów i utrapieniu parkowych strażników pilnujących rezerwat…

Nie samym pięknem przyrody człowiek żyje, więc postanawiamy na obiad zjechać do kolejnego czeskiego schroniska. Nie da się tego zrobić wygodnie jadąc wzdłuż szlaku, więc obieramy kierunek na nieodległy Wielki Szyszak (1510m npm), zaglądając po kolei w  mijane żleby.  Szczyt jest wybitnie widokowym punktem, nareszcie widać Śnieżkę. Na początku lawirując trochę między kamieniami wjeżdżamy na szeroki stok i nim nad kociołek. Chuchając na zimne wjeżdżamy do niego nieco z boku i kończymy zabawę przed schroniskowymi drzwiami. Ania świetnie sobie radzi na  stromych odcinkach. Przyjemnie popatrzeć, jak w świeżym śniegu zostawia za sobą symetryczny wężyk śladu. Szeroki uśmiech jej błyszczące oczy są wyraźnym potwierdzeniem, że ten  zjazd należy zaliczyć do najprzyjemniejszych części dnia.

Martinova bouda (1288m npm) pięknie położona na skrzyżowaniu szlaków, choć nosi już charakter górskiego hotelu, to w środku jest przytulna i ciepła – zasługa zabytkowego pieca kaflowego. Z ciekawostek – to tutaj urodziła się znana czeska tenisistka Martina Navratilova, stąd też jej imię. Popularna „Martinovka” znana jest z dobrego jedzenia, więc trochę  przesadzamy z obżarstwem  i ze zbyt pełnymi brzuchami człapiemy naprawdę powoli zielonym szlakiem na Czarną Przełęcz (1350m npm). Rzut oka od góry w Czarny Kocioł Jagniątkowski – sporych rozmiarów nawis broni dostępu do niego. Wracamy grzecznie grzbietem kierunku zachodnim i z Przełęczy Pod Śmielcem (1390 m) zjeżdżamy na północ w stronę Chatki Wielkanocnej (1245 m). Niebieski szlak zniknął pod warstwą śniegu, zrobił się szeroki biały stok. Czy zawiodło mnie wyczucie terenu, czy po prostu przeszarżowałem, wycinam w lesie efektowną przewrotkę  i do Chatki dojeżdżam bardziej przypominając bałwanka niż dumnego ze swych umiejętności narciarza. Lekcji pokory nigdy dość. Ania też nie jest lepsza – po serii efektownych skrętów w głębokim śniegu pokazuje światu ślizgi.

„Wielkanocna” to niewielka drewniana chatka, zimowa  baza wspinaczkowa poznańskiego KW. Niestety nikogo nie ma, herbatę pijemy więc z termosów na tarasie, gapiąc się jak zauroczeni w  Śnieżne Kotły. Nie wiem, czy jakiś „Ritz”, nawet w Szwajcarii, ma podobnie efektowny widok ze swojego tarasu. I pewnie nie ma kominka…Powrót na przełęcz po zjeździe zawsze jest ciężki, jesteśmy już trochę zmęczeni, ale kończący się powoli dzień i obniżająca się temperatura nie pozwalają na marudzenie. Przy Czarciej Ambonie foki pakujemy do plecaków, szybki zjazd wzdłuż tyczek czerwonego i przy Czeskiej Budce zamykamy pętlę. Słońce efektownie zachodzi na pomarańczowoczerwono, robi się zdecydowanie chłodniej. Przed nami jeszcze jeden zjazd, całkiem długi i nie pozbawiony emocji, do schroniska  „Pod Łabskim Szczytem. Śnieg nie jest już taki idealny, górna warstwa łapie, ale Atomiki radzą sobie doskonale i w takich warunkach. Ciężko to powiedzieć o nas, zjeżdżamy bardziej na  adrenalinie niż ufając sile mięśni.

Dzień syty w wrażenia, dusza nakarmiła się górskimi widokami, ciało dostało dawkę miłego wysiłku. Jak na skiturowy dzień, trzy ładne zjazdy w świeżym śniegu to całkiem sporo. W schronisku cicho pyrka agregat, niewiele osób przybyło, dalej jest kameralnie. Po kolacji niemal natychmiast zasypiamy, efekt wysiłku całego dnia czy kolejnego piwa ?
W poniedziałek bladym świtem opuszczamy schronisko zjeżdżając starą „Bystrą” do pośredniej, a tam miła niespodzianka. Przygotowany po nocnych jazdach „Puchatek” jest gładki jak stół, tylko dla nas. Długimi skrętami, od niechcenia,  zjeżdżamy w dół. Przyznam, miła odmiana od nieprzejeżdżonych śniegów, zmiennych warunków i potrzeby koncentracji. Czyż nie mówiłem, że czasami dobrze jest skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji ?  Bezwysiłkowo dojeżdżamy niemal do samochodu, szybki przepak i… do pracy.  Miasto jeszcze śpi, wkrótce zacznie się tu „kolorowy zawrót głowy”, ale na szczęście  bez nas.

Za tydzień  wybieramy się do ulubionej „Samotni”. Życie narciarza skiturowego potrafi być piękne…