Skiturowe impresje

Było to dobrych parę lat temu (na granicy polsko-czeskiej przebiegającej grzbietem Karkonoszy przemieszczały się wtedy regularnie patrole Straży Granicznej). Przemykam się wraz z Dziadkiem Piaskowym w pobliżu Domu Śląskiego na czeską stronę. Pod latarnią, czyli strażnicą najciemniej. Szybki manewr i jesteśmy już na szlaku w kierunku Lucni boudy. Opuszczamy go po chwili i nad krawędzią Upskiej jamy wchodzimy prawie na Studnici horę. W wiosennym słońcu na białym stoku widoczni jesteśmy jak na patelni, ale szybko pomykamy dalej. Na górze bardzo twardo, zastanawiamy się, czy nie zjeżdżać z czekanami. Najpierw wyraźną depresją, a potem przy grzędzie do kotła Upskiej jamy. Cudowna jazda po równej powierzchni aż na dno kociołka. Tam niemiła niespodzianka – trafiamy na spore lawinisko. Przechodzą mnie ciarki, gdy widzę bloki twardego śniegu wielkości busów, przyginające nieliczne tu drzewa i tarasujące koryto nomen omen Lavinovego Potoku. Lawina jest sporych rozmiarów i niżej spustoszyła las. Rzut oka w górę i wszystko jasne – urwał się ogromny nawis i pociągnął za sobą śnieg na zboczu. Znajdujemy bezpieczne miejsce na sporym głazie z pięknymi widokami na skalne urwiska i lodospady. Wyciągamy termosy. Sycimy się słońcem, ciszą i dzikością miejsca. Ale to nie koniec emocji na dzisiaj. Naszym śladem zjeżdżają deskarze i niepotrzebnie wjeżdżając w środek kotła, wyzwalają kolejną lawinę. Na szczęście poprzednia zabrała większość śniegu i ta nie robi im większej krzywdy. Słychać śmiechy, wesołe pokrzykiwania i żarty z tych, którym nie udało się uciec i śnieg zrobił z nich bałwanka. Góry znowu były łaskawe… Opuszczamy zaciszne miejsce i zjeżdżamy Obrim dulem do Pecu. Przy kapliczce parkowy strażnik macha gwałtownie rękoma, usiłując nas zatrzymać (rejon jest zimą zamknięty). Uznając, że to gesty pozdrowienia, odpowiadamy tym samym i jeszcze przyśpieszamy. Po chwili jesteśmy na dolnej stacji wyciągu na Ruzova horę i dwuodcinkowym zabytkowym krzesełkiem wjeżdżamy na Śnieżkę. Kolejne alegalne przekroczenia granicy. Używanie słowa „nielegalne” w przypadku powrotu do domu, i to w górach, zawsze wydawało mi się absurdalne.:-) Stamtąd kolejny pyszny zjazd Rynną w Kocioł Łomniczki i w Karpaczu kończymy kolejny syty turowy dzień. Jeszcze raz się udało…

Impresja druga

Drugi dzień jajecznych świąt, też kilka lat temu. Kwietniowe słońce, dobry śnieg, włączony szwędaczek. Tym razem na bezczelnego, totalnie na skróty, idę ze „Strzechy” do Lucni boudy. Nikt mnie nie przyuważa, nie goni, czyżby świąteczny nastrój udzielił się i stróżom granicy? Przy Lucni narciarski (biegowy) piknik. Tłumy Czechów rodzinnie chadzają na bieżkach. Idę dalej przez kapliczkę na Vyrovkę, tam to samo. Obłędne widoki – Jested nad Libercem i nawet nasz Śnieżnik widoczney jak na dłoni – nie są w stanie poprawić mojego humoru. Nie po to wyrywam się w góry, aby czuć się jak na deptaku. Przy Chalupie na Rozcesti totalna porażka. Niemal matki z wózkami i stado psów, kolejka do piwa taka, że z bólem, ale rezygnuję. Odpuszczam dalszą trasę na Liści horę; niestety, zjazd Lisci jamą musi poczekać. Przemykam, gdzie się da, aby dalej od kolorowego tłumu, lasami na Zadni Planine i potem na Lucni horę, gdzie jest tylko kilka osób. Zjazd już w rozmiękłym śniegu w kierunku Kozich Grzbietów, gdzie znowu tłum – wycieczka Niemców obwieszonych aparatami wdrapała się ze Spindlerovego Młyna czerwonym szlakiem zagrożonym lawinami. Zdegustowany zawracam i przez Lucni – atmosfera piknikowa nie zmieniła się – wracam Slalomowym do „Samotni”. Przy dobrej muzyce tradycyjnie uzupełniam poziom elektrolitów w organizmie polskim piwem. Gdyby nie ostatni zjazd, dzień zaliczyłbym do straconych….